Współczesny Chrystus nie miałby korony z cierni — miałby może blizny po chemioterapii, rany po operacjach, duszności po respiratorze. Może byłby stary i zapomniany, przykuty do łóżka, bez imienia, w jakimś zatłoczonym szpitalu albo domu opieki. Albo młody i samotny — z depresją, którą nikt nie traktuje poważnie.
Mógłby być uchodźcą tonącym w zimnym morzu, dzieckiem w strefie wojny, kobietą uciekającą przed przemocą, bezdomnym na dworcu, chorym w hospicjum, którym nikt się nie interesuje.
Nie miałby aureoli. Ale miałby oczy, które widziały zbyt wiele i serce, które nadal — mimo wszystko — nie przestaje kochać.
I może, zamiast krzyża z drewna, niósłby coś innego — ciężar, który dziś dźwigają ludzie. Bezsens bólu, bezradność wobec systemu, obojętność świata.
Dziękuję, Ojcze Święty Franciszku
Za lata pontyfikatu pełne prostoty, ciepła i odwagi.
Za przypomnienie, że Kościół ma być domem miłosierdzia, a nie twierdzą lęku.
Za otwarte serce na ubogich, wykluczonych, obśmiewanych, hejtowanych i tych, którzy szukają drogi. Za wierzących i niewierzących…
Modlitwa na Zmartwychwstanie
Panie,
jeśli mnie widzisz — nie patrz z góry.
Patrz jak ktoś, kto zna zmęczenie.
Kto wie, co to znaczy przeżyć dzień bez nadziei
i noc bez snu.
Nie przychodzę, żeby się modlić.
Przychodzę, bo nie wiem, do kogo iść,
kiedy wszystko przestaje mieć sens.
Nie jestem już dzieckiem, które ufa bez granic.
Jestem dojrzała. Z bliznami.
Z miłością, która bolała.
Z ciszą, która miała mówić.
Panie, jeśli kiedyś naprawdę zmartwychwstałeś —
niech to będzie też dla mnie.
Nie dla tłumów. Nie dla wielkich słów.
Dla mojej codzienności,
której próbuję się trzymać,
choć czasem nie wiem po co.
Nie pytam Cię, dlaczego cierpienie.
Nie oczekuję, że je zabierzesz.
Tylko bądź, kiedy boli.
Tylko zostań, kiedy wszystko cichnie.
I jeśli możesz — przywróć mi choć odrobinę wiary,
że to wszystko nie kończy się niczym.
Że miłość, którą dałam,
łzy, które spadły,
słowa, których nie zdążyłam wypowiedzieć —
są zapisane.
Nie przez historię. Przez Ciebie.
Nie musisz mi odpowiadać.
Tylko słuchaj.
Prawdziwie Zmartwychwstał
nie przyszło z hukiem
ani z błyskawicą
nie przerwało nocy
nie zatrzymało śmierci
przyszło jak oddech
którego już nie miało być
jak dotyk
który wraca spod skóry
przyszło w poranek
kiedy płaczesz cicho do kawy
w spojrzeniu psa
który wie, że wrócisz
przyszło bez słów
jak światło między żaluzjami
jak list bez adresu
ale z twoim imieniem
zmartwychwstanie to nie dowód
to obecność,
gdy myślałeś, że jesteś ostatni
i już nikt nie zawoła po imieniu
to miłość,
która nie zgodziła się umrzeć
„Życie towarzyskie i uczuciowe” Tyrmanda
Czy ktoś napisze współczesnością wersję książki Tyrmanda? Ja się nie odważę… W epoce mediów społecznościowych i cyfrowej autoprezentacji elity – polityczne, artystyczne, intelektualne – funkcjonują w rzeczywistości, która przypomina spektakl bez kulis. Każde spotkanie, relacja, emocja może (i często musi) zostać udokumentowana, przefiltrowana, udostępniona. Życie towarzyskie przestało być przestrzenią wymiany myśli, a stało się planszą gry, w której liczy się kapitał społeczny, zasięg i wpływ.
Spotkania, kiedyś pełne sporu, żaru, ścierających się poglądów, dziś często ograniczają się do rytualnego small talku, powierzchownych zachwytów i dobrze wykadrowanych zdjęć. Debaty toczą się nie przy stole, lecz w komentarzach, a ich celem rzadko bywa zrozumienie drugiego człowieka – częściej punktowanie, budowanie pozycji, chwilowy błysk.
Miłość i przyjaźń, uczucia intymne i wymagające zaangażowania, również poddane zostały tej samej logice. W świecie, w którym wszystko można spieniężyć – od własnego wizerunku po prywatne przeżycia – emocje stają się kolejnym towarem. Relacje bywają budowane na wygodzie, strategicznych związkach, wzajemnych korzyściach – niekoniecznie na głębi i szczerości.
Oczywiście są wyjątki – zawsze były. Ale dominujący klimat kulturowy promuje ostrożność, kalkulację, przystosowanie. Autentyczność może być piękna, ale jest też niebezpieczna – bo bywa niepopularna, kontrowersyjna, wymyka się kontroli. A współczesne elity nie lubią ryzyka. Wolą bezpieczny banał niż niewygodną prawdę.
Leopold Tyrmand, obserwując peerelowską inteligencję, nie pozostawiał na niej suchej nitki – widział w niej konformizm, pozę, pustkę. Można się zastanawiać, jak oceniłby dzisiejsze elity? Pewnie z ironią, ale i z pewną nostalgią – bo w tamtym zakłamaniu była jeszcze jakaś niezgoda, jakaś tęsknota za wolnością. Dziś wydaje się, że wielu już nawet nie tęskni – wystarczy im dobrze dobrany filtr i tysiąc serduszek.
Esej o Tyrmandzie
Kochani, wczoraj wyciągnęłam starego, wyświechtanego Tyrmanda z zakamarków książek dawno odłożonych na półkę. Przeczytałam kolejny już raz. I znowu mnie zachwyca. Tyrmand daje czytelnikowi coś więcej niż tylko powieść obyczajową – to bezlitosna, błyskotliwa i ironiczna wiwisekcja środowiska artystyczno-inteligenckiego Warszawy lat pięćdziesiątych. Choć akcja osadzona jest w realiach PRL-u, książka ma wymiar niemal uniwersalny – pokazuje, jak łatwo wartości i indywidualizm rozmywają się wśród konformizmu, pozorów i gier towarzyskich. Czyż to nie jest aktualne?
Narracja podszyta jest złośliwością i szyderstwem, ale też wyraźnym rozczarowaniem. Tyrmand portretuje ludzi znudzonych, pozornie wyemancypowanych, którzy za zamkniętymi drzwiami salonów gubią sens i autentyczność. W tle snują się alkoholowe wieczory, płytkie romanse, polityczne układy i łapówki w świecie, gdzie wszystko – od przyjaźni po uczucia – może być przedmiotem gry.
Styl Tyrmanda jest jak zawsze wyrazisty: pełen ironii, błyskotliwych dialogów i trafnych obserwacji społecznych. Autor nie oszczędza nikogo – ani kobiet, ani mężczyzn, ani samego siebie. To proza o hipokryzji, o tęsknocie za prawdziwym życiem w czasach, gdy każda autentyczność była podejrzana. Ta książka to nie tylko dokument epoki, ale też wciąż aktualny komentarz do świata, w którym pozory stają się ważniejsze niż treść. Jeśli ktoś szuka lektury inteligentnej, gorzkiej i niepokojąco aktualnej – Tyrmand trafi w punkt.
I taka refleksja mnie naszła, że współczesne życie towarzyskie i uczuciowe elit – choć opakowane w złoto Instagrama i blichtr ekskluzywnych eventów – często przypomina wydmuszkę: efektowną, ale pustą w środku. Zamiast salonów literackich mamy bankiety PR-owe, zamiast debat – autopromocję. Uczucia? Często są tylko walutą w grze o wpływy, widoczność, lajki. Romans staje się kontraktem, przyjaźń strategią, a samotność – luksusem ukrywanym za szerokim uśmiechem.
Elity dzisiejsze – polityczne, artystyczne, medialne – żyją w świecie, gdzie autentyczność bywa ryzykiem, a dystans staje się formą obrony przed nadmiarem bodźców, oczekiwań i ocen. Niezależność opinii rzadko idzie w parze z sukcesem, więc mówi się to, co należy, kocha tych, z którymi warto się pokazać, a odrzuca to, co zbędne i nieopłacalne.
Tyrmand pewnie uśmiechnąłby się z przekąsem – bo choć realia inne, mechanizmy podobne. Tylko zamiast cenzury politycznej mamy autocenzurę marketingową. I choć wszyscy mówią o wolności, to najczęściej jest to wolność w granicach zasięgów. Moje zasięgi niewielkie, więc mogę sobie pozwolić na odrobinę żalu i krytyki. Czasy Tyrmanda jednak były lepsze.